Sobota przywitała mnie klasycznie – jakby ktoś w nocy używał mojej czaszki jako bębna. Ból głowy level weekend, organizm w szoku, bo spałam… do ósmej rano. Skandal. Luksus niemal nielegalny. Nie wiem, czy to kara za całotygodniowy stres, czy za to, że pozwoliłam sobie na sen jak człowiek. Wiem jedno: żywa ledwo, ale wstałam.

A właściwie — zostałam obudzona.

Syn mój od szóstej rano wołał:

mamo wstań, mamo obudź się, mamo otwórz oko, mamo no mamo, mamo dlaczego na mnie nie patrzysz, mamo jest już późno.

No i co miałam zrobić?

Wywlekałam się z pieleszy jak żółw po ciężkiej nocy. O tyle dobrze, że młody wie, jak zrobić matce kawę, która faktycznie pobudza do wstania. Skubany jeden — obsługę kawiarki wyssał chyba z moim mlekiem. Wie, co matka lubi i co zrobić, żeby przywrócić rodzicielce żywotność.

Popijam więc kawę — świeżo zmieloną, przygotowaną przez młodego — i powoli wracam do świata żywych.

Wczoraj przez pół dnia nie byłam w stanie nic przełknąć — żołądek podchodził mi do gardła, więc logicznie rzecz biorąc wypiłam kufel kawy. Bo przecież kawa zawsze pomaga. A jak nie pomaga, to przynajmniej daje złudzenie kontroli nad życiem.

Tuż przed pracą w szpitalu rzuciłam się na sałatę. Hamerykańską. Z Manhattanu. Z sieciówki Just Salad, która uznała, że 30 dolarów za miskę zielonego to uczciwa cena za chrupanie stresu. Stałam przy kasie i zastanawiałam się, co ta sałata ma w sobie, że kosztuje tyle, co pół świątecznego stołu. Między nami — dla mnie to ogrom kasy, a jem na mieście tylko wtedy, gdy życie mnie do tego brutalnie zmusi.

Do kompletu czarna, gorąca kawa. Miała mnie postawić na nogi, a postawiła… żołądek do pionu, po czym spektakularnie go przewróciła. Brawo ja.

Ale noc minęła. Sobota przyszła. A dziś nie ma zmiłuj — ogarniamy chałupę i robimy święta. Lodówka świeci pustkami, za to plan jest ambitny jak noworoczne postanowienia: pierogi ruskie, buraczki na gorąco, sałatka jarzynowa, rurki z kremem.

Gołąbki? Były. Mama dała z hasłem: „to na święta, nie ruszaj”.

Niestety u mnie każdy dzień to święto, więc garnek szybko znalazł swoich ulubieńców. I nie — żadnych wyrzutów sumienia. Były pyszne.

Reszta świątecznych cudów też przyjdzie od mamy, bo umówmy się — kto z nas ma czas gotować w tygodniu? Zostają weekendy. A dziś muszę się sprężyć, spiąć i działać. Tylko że prawda jest taka: jestem wyrąbana. Zmęczona do kości. Bez baterii zapasowej. Ale czego nie robi się dla dzieci, no czego?

Więc powłóczę nogami i przymierzam się do pracy.

Podpieram się rzęsami, bo czuję przemęczenie, i zagniatam to nieszczęsne ciasto na pierogi. Ręce lepią się od mąki, w głowie chaos, w sercu — ciepło. Lecę tworzyć, działać i być z dziećmi, bo tak mało ich widzę. Ale najpierw — po swojemu — doprowadzę kuchnię i salon do stanu używalności i jedziemy z tym świątecznym majdaniem.

Dobrego dnia, kochani. Coraz bliżej święta… czujecie ten zapach, smak i nastrój? Ja bardzo 😊

Mogłabym się tu rozgościć, zostać, delektować się tym czasem, muzyką i klimatem.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź