W niedzielny wieczór, w adwentowej ciszy,

przyszedł niepokój, którego nie umiałam nazwać.

Nie ból. Nie strach.

Raczej cichy szept w sercu,

że coś się wydarzy…

że coś nadchodzi,

choć nie wiedziałam co.

Czułam takie „szpilki” w środku,

niepokój, przez który nie potrafiłam usiąść w miejscu,

jakby ciało wiedziało wcześniej niż myśli.

Myślałam — zmęczenie.

Zawsze przecież znajdujemy wytłumaczenie,

żeby nie dopuścić myśli,

że serce może wiedzieć wcześniej.

W nocy przyszły sny.

Niespokojne. Ciężkie.

Zdmuchnęłam je z czoła modlitwą,

jakby można było odegnać przeczucie

kilkoma głębokimi oddechami.

W poniedziałek ten niepokój nie odszedł.

Trzymał się blisko, jak cień.

A potem przyszło jedno zdanie.

Krótkie. Okrutnie krótkie.

„Jola nie żyje…”

I nagle świat zrobił się cichy.

Tak cichy, że aż bolało.

Łzy spływały ciężkie jak groch,

a gardło ścisnęło tak,

jakby serce nie miało już którędy oddychać.

Bo jak to… Ona?

Zawsze taka cicha.

Zawsze spokojna.

Zawsze życzliwa.

Nigdy przed szeregiem.

Zawsze trochę z boku —

tam, gdzie są ludzie naprawdę dobrzy.

Pytała: w czym pomóc, co przynieść, na którą zmianę przyjść.

Była wszędzie tam,

gdzie ktoś potrzebował drugiego człowieka,

ale nigdy tam, gdzie świeciły światła.

Rozdawała uśmiech,

który nie domagał się odpowiedzi.

Słuchała —

nie po to, by doradzać,

ale żeby po prostu być.

Kochała życie.

Tak zwyczajnie. Tak po cichu.

Tak, że chciało się być lepszym

tylko dlatego,

że Ona była obok.

Podziwiałyśmy się nawzajem.

Ja Jej cierpliwość, dobro i miłość.

Ona moją energię.

Dopingowałyśmy się,

jakby każda z nas była darem dla tej drugiej.

A dziś przyszła wiadomość,

że odeszła dokładnie tak, jak żyła —

bez hałasu, bez pożegnań,

cichutko…

jakby nie chciała nikogo zasmucić.

Po ludzku serce nie umie tego przyjąć.

Każda strata boli,

jakby ktoś oderwał kawałek duszy

i zostawił po nim pustkę,

która boli bardziej niż krzyk.

Ale będąc katolikiem wiem,

że Dobry Ojciec przytulił Ją

w adwentowy poniedziałek, 15 grudnia,

a Ona — z tym swoim łagodnym uśmiechem —

weszła w orszak anielski.

Teraz już wiem, skąd był ten niepokój.

Serce żegnało wcześniej,

bo czasem miłość wie,

zanim przyjdą słowa.

Jolu…

Żyłaś pięknie.

Najpiękniej, jak potrafiłaś.

Byłaś naszym promyczkiem —

takim, który nie oślepia,

ale ogrzewa.

A dziś ten promień zgasł tutaj,

by zapalić się po drugiej stronie.

Wierzę, że teraz patrzysz na nas z miejsca,

gdzie nie ma lęku ani łez,

i że dalej jesteś blisko —

w ciszy, w dobru, w pamięci.

Wstawiaj się za nami u Boga Ojca.

Bądź naszym orędownikiem.

Tak bardzo będzie nam brakowało

tej cichej obecności,

która czyniła świat lepszym.

Świat stał się dziś uboższy o jedno dobre serce,

a niebo — bogatsze.

Leć, Kochana… leć… 🕊️


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź