Kocham rekolekcje, kiedy nie ma nudy, rozwlekania i teologicznego języka, który tylko męczy. Kocham, kiedy słowo nie tylko brzmi, ale przebija, kiedy nie usypia, lecz wybudza z letargu.

Właśnie taki był pierwszy dzień – bez trzymanki, bez cukru, bez kościelnych kołysanek. Buty dosłownie spadały, serca drżały, a cisza po słowie mówiła więcej niż tysiąc konferencji.

Rekolekcjonista zaczął inaczej niż wszyscy. Nie od „Bóg was kocha, usiądźcie wygodnie”, ale od słów Jezusa prosto z Ewangelii:

„Plemię żmijowe.”

Takim otwarciem rozbroił nas wszystkich. Już w pierwszej minucie byłam całkowicie skupiona.

On nie tylko mówił – on pytał, wytrącał, kłuł do żywego.

Słuchali wszyscy, nikt nie spał.

To określenie Jezus kieruje do ludzi, którzy całe życie poświęcili liturgii, prawu, zasadom, modlitwie – a jednak nie rozpoznali Go, gdy stanął przed nimi.

I ksiądz powiedział jasno: można 50 lat przesiedzieć w ławce, być tu w każdą niedzielę, śpiewać, organizować, działać… i nigdy nie wejść w relację z Jezusem.

To nie znaczy, że ktoś jest „zły”, lecz pokazuje, że można być religijnym, a jednocześnie nie oddanym, obecnym, ale nie otwartym, wierzącym, ale nie spotykającym.

Bo nie chodzi o to, aby być przy ołtarzu.

Chodzi o to, aby być przy Sercu Boga.

A potem padło zdanie, które w jednym momencie potrafiło rozedrzeć zasłony w sercu:

„Wszystko dla Pana Boga, a gwóźdź dla diabła.”

Modlę się, wierzę, kocham, służę… ale jednego miejsca nie oddam.

„Tego tematu nie ruszamy, Panie.

Tego nie przebaczę.

Tego nie zmienię.”

I właśnie na tym gwoździu wieszamy to, co gnije, co ciąży, co dzień po dniu odbiera światło.

Wystarczy jeden gwóźdź i diabeł ma już gdzie mieszkać.

Nie potrzebuje pałacu – wystarczy mu mała furtka, przyczepka serca, jeden sekret, jeden nawyk, jedna zaciśnięta pięść.

A potem pojawił się drugi obraz – prosty, a miażdżąco prawdziwy:

Stara deska. Trzymasz się jej na środku rzeki, choć dawno tonie.

Bóg rzuca linę, daje ratunek, nowe życie, przebaczenie, wejście w światło – a my kurczowo trzymamy się starej, spróchniałej deski, bo „znam ją”, bo „moja”, bo „bezpieczna”…

Choć ciągnie na dno.

Nie chwytamy liny, bo bezradność bywa czasem wygodniejsza niż wolność.

I wtedy wszystko zaczyna układać się w jedną rekolekcyjną układankę:

  • Plemię żmijowe – można być w Kościele, a nie być w relacji.
  • Gwóźdź – miejsce nieoddane Bogu, zostawione na użytek diabła.
  • Deska – to, czego nie chcemy puścić, choć tonie razem z nami.

Pierwszy dzień rekolekcji, a ksiądz rozbił schematy jak szkło.

Nie po to, żeby pocieszyć, pogłaskać i dać duchowego cukierka,

ale po to, by obudzić, przeorać, wyrwać gwoźdź, połamać deskę i doprowadzić do prawdziwego spotkania.

Bo Jezus nie chce widza, słuchacza ani bywalca.

On chce relacji, bliskości, życia razem – nie życia obok.

Pierwszy dzień? Start rakiety.

Reszta rekolekcji to już nie droga, ale tor lotu.

Nie dla tych, którzy szukają wygody i spokojnych półsłów,

ale dla tych, którzy pragną prawdy, uwolnienia, światła i nowego serca.

Ksiądz daje siebie w całości. Mówi:

„Chcesz porozmawiać, spierać się, wykrzyczeć – jestem tu. Chcesz spowiedzi – przyjdź.

Chcesz być wysłuchany – zapraszam.”

I naprawdę pełen szacunek – on żyje tym słowem, oddycha nim, nie udaje, nie gra. Jest w tym cały.

Dziś kolejny dzień. Będę słuchać tylko online – niestety.

Ale kocham ludzi, którzy mają odwagę mówić mocno, prawdziwie i pod prąd religijnego snu.

A Wy?

Wolicie spokojne rekolekcje, czy takie, które rozwalają mury, wyrywają gwoździe i palą deski do fundamentu?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź