Dziś zaczynam. Dziś jest 1 grudnia.
I kiedy tak stoję na progu tego nowego rozdziału, moje serce wraca wciąż do jednej chwili — do 25 października, do modlitwy wstawienniczej, od której zaczęło się wszystko. Nie zapomnę tamtego wieczoru, bo to wtedy Bóg zrobił w moim życiu coś, czego nie obejmuje ludzki rozum.
Poszłam tam jak wielu ludzi: trochę zagubiona, trochę zmęczona, trochę poraniona. Poszłam po ulgę w ciele — po ciszę, spokój, uśmierzenie bólu rąk, kręgosłupa, migren. Myślałam, że wiem, czego potrzebuję. Myślałam, że idę po coś konkretnego. Tak jak często ludzie idą na modlitwę uzdrowienia: z oczekiwaniami, z listą próśb, czasem z nadzieją, czasem z rezerwą.
A Bóg miał zupełnie inny plan.
W zamkniętym kościele czułam wiatr. Delikatny dotyk na dłoniach, jakby ktoś, kto nie jest z tego świata, stanął obok. Modliłam się całą sobą, bo czułam, że to, co dzieje się wokół, nie jest zwyczajne. Prosiłam o zdrowie ciała. Czekałam, aż zabierze ból.
Ale On przyszedł nie po to, żeby połatać moje rany.
On przyszedł, żeby rozprawić się z tym, co ograniczało mnie przez całe życie.
Nie uzdrowił moich dłoni.
Uzdrowił moje serce.
Nie zabrał bólu ciała.
Zabrał ból, który nosiłam w środku — wstyd, lęk, brak wiary w siebie, poczucie, że jestem gorsza, że nie zasługuję, że inni mają wartość, a ja mam się nie odzywać, nie wychylać, być „grzeczna”.
Tamtego wieczoru Duch Święty nie spełniał moich oczekiwań — On robił to, co naprawdę było mi potrzebne. Tak właśnie działa Bóg. Nie według naszych planów, ale według swojego serca. Nie tam, gdzie my pokazujemy palcem, ale tam, gdzie najbardziej boli, tam, gdzie jest głębia ran, o których czasem nawet nie wiemy.
I dziś wiem jedno:
Ludzie chodzą na modlitwy o uzdrowienie i często sami nie wiedzą, czego chcą.
Myślą, że potrzebują ulgi tu i teraz, a Bóg patrzy głębiej. Duch Święty działa jak chce, jak widzi, jak uzna za słuszne. Nie daje nam tego, co wydaje nam się potrzebne — daje to, co naprawdę prowadzi do życia. I jeśli tylko uwierzymy, otworzymy serce, zdejmiemy kontrolę z Jego rąk… On zaczyna działać z mocą, której nie da się zatrzymać.
Nie potrzeba cudotwórców. Nie potrzeba fajerwerków.
W każdej Mszy Świętej działa sam Bóg — żywy, prawdziwy, bliski. A na modlitwie uzdrowienia także nie chodzi o sensację, ale o otwarcie serca. Ludzie jak ojciec Rafał Walczyk nie są magikami — oni po prostu tworzą przestrzeń, w której człowiek może spotkać Boga naprawdę. I nie zawsze Bóg daje to, po co przyszliśmy. Czasem daje coś o wiele, wiele większego.
Ja przyszłam po zdrowie, a wyszłam z nowym życiem.
Po siedmiu latach wysyłania CV, po latach odrzucenia, po słyszeniu wciąż, że „na twoje miejsce jest dziesięć tysięcy innych”, po życiu w poczuciu, że jestem tłem, niczym ważnym — Bóg otworzył drzwi, których nikt otworzyć nie mógł. Dał mi etat w wielkiej korporacji. Bez pleców. Bez znajomości. Bez układów.
Ludzie pytają: „Kto cię tam wsadził?”
A ja odpowiadam: Bóg.
Nie przypadek. Nie szczęście. Plan.
A gdy w pracy powiedzieli mi:
„Jesteśmy szczęśliwi, że do nas dołączasz. Chcemy inwestować w Twój rozwój” —
poczułam, jakby tamten październikowy wiatr dotknął mnie jeszcze raz. Jakby Bóg mówił:
„Widzisz? Mówiłem, że to Twój czas.”
I dlatego dziś, 1 grudnia, zaczynam nie jako ktoś zagubiony.
Nie jako ktoś, kto idzie po cichu.
Nie jako ktoś, kto boi się odezwać.
Wchodzę jak córka Króla.
Z nutką niepewności — bo nowe zawsze trochę drży.
Ale z pewnością, że On idzie przede mną.
Wiem, że jeśli coś będzie trudne — On mnie podniesie.
Jeśli coś będzie niezrozumiałe — On poprowadzi.
Jeśli coś się zachwieje — On utrzyma mnie mocniej niż fundamenty.
Bo kiedy Bóg zaczyna działać, mury się sypią, ograniczenia pękają, a człowiek zostaje podniesiony wyżej, niż kiedykolwiek prosił.
Dziś zaczynam.
Dziś jest 1 grudnia.
I mówię:
„Prowadź, Panie. Ty zacząłeś — Ty dokończysz. Idę z Tobą.”
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.