W niedzielę zaczyna się Adwent. Mój kolejny Adwent… i przychodzi jak zwykle niespodziewanie, bo jak zwykle nie jestem gotowa. Zawsze zabiegana, zawsze coś do zrobienia, a tu nagle – tadam – Adwent. Czas oczekiwania. I wtedy robi się taka pauza, jakby ktoś wcisnął przycisk „stop” w moim codziennym biegu. Bo Adwent nigdy nie przychodzi z hałasem. Przychodzi cicho, spokojnie, jakby delikatnie pukał do serca i szeptał: „otwórz mi drzwi”. A ja, jak zwykle niegotowa. Jak nie włosy bleachuje, to sprzątam, układam, ogarniam, biegnę, nadrabiam… ciągle w ruchu.
A Adwent nie chce mojego biegu. On chce mojej uwagi. Mojej pauzy. Nie po to, żeby jeszcze bardziej się sprężać, tylko żeby trochę zatrzymać się w tym wszystkim. Nie żeby zrobić więcej, ale może zrobić trochę… wolniej. Bardziej świadomie. Tak, jakby Jezus nie chciał, żebym była perfekcyjna, tylko żebym była obecna. Tu i teraz.
Bo tak jak Adwent mówi, to czas oczekiwania. A oczekiwanie to nadzieja. A nadzieja zawsze czegoś od nas wymaga. Nadzieja nie jest bierna, nie jest tylko uczuciem. To nie jest siedzenie z założonymi rękami. Nadzieja to wybór. Codzienny. Nadzieja to wymaganie od siebie, żeby wstać, mimo zmęczenia. Żeby wypowiedzieć dobre słowo, choć może cisną się inne. Żeby znaleźć chwilę modlitwy, choć czasu zawsze brakuje. Żeby zrobić miejsce w sercu, nawet jeśli w głowie chaos.
A ja mieszkam w Nowym Jorku. Tu jest inaczej niż w Polsce. Tu ścierają się różne wyznania, kultury, tradycje. Tu nie ma tak mocnej, wspólnej celebracji Adwentu. Tu nikt nie zatrzyma się tylko dlatego, że zaczyna się czas oczekiwania. Tu człowiek biegnie. Tu liczy się praca, obowiązki, pieniądz. Tu nikt nie robi „pauzy” za ciebie. Tu sam musisz zrobić sobie Adwent. Sam musisz wcisnąć „stop”, jeśli chcesz poczuć ciszę. Sam musisz znaleźć przestrzeń na nadzieję. Jeśli nie zatrzymasz się choć na chwilę, ten czas przeleci obok i nawet nie dotknie serca.
Może właśnie dlatego tak mocno czuję, że Adwent to nie dekoracje, nie kalendarze, nie tradycje, które ktoś przygotuje za nas. Tu, w mieście które nigdy nie śpi, Adwent zaczyna się tylko wtedy, jeśli ja go obudzę w sobie. Jeśli pozwolę, żeby nadzieja budziła we mnie działanie. Żeby ten płomień świecy na wieńcu palił się nie tylko na stole, ale i we mnie. Powoli. Wytrwale. Z pragnieniem spotkania. Bo kiedy czekasz naprawdę, to zmienia się sposób, w jaki żyjesz.
I tak mnie ciekawi…
A Wy? Jak wchodzicie w Adwent?
Czekacie jakoś szczególnie? Macie swoje zwyczaje, modlitwy, wieńce, kalendarze? Czy raczej przychodzi tak samo cicho jak u mnie – w sam środek zabiegania – przypominając, że oczekiwanie to nadzieja, a nadzieja czegoś od nas wymaga?
Napiszcie mi o Waszym oczekiwaniu. Chętnie posłucham, jak wygląda Wasza nadzieja w Adwencie.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.