Cały tydzień walczyłam z migreną.

Taki ból głowy, że miałam wrażenie, że mi czaszka pęknie w szwach.

Więc postanowiłam – w sobotę pełny relaks.

Śpię do dziewiątej, zero stresu, zero obowiązków, tylko ja, kawa, maseczka, cisza i błogie nicnierobienie.

No i jak myślicie, jak wyszło? 

Sobota. 6:00 rano.

Oczywiście nie spałam do dziewiątej, bo mózg stwierdził: „hej, idealny moment, żeby wstać!”

Dom śpi. Cisza jak w spa.

Wstaję z myślą: dziś nic nie robię. Dzień dla mnie.

Idealny moment, żeby w końcu mieć czas dla siebie. Relaks, kawa, maseczka, serum pod oczy, może nawet chwilka na nicnierobienie (czyli luksus, o którym marzę od wakacji).

Wchodzę więc do łazienki – niewinnie, beztrosko, z tym przekonaniem, że teraz to już naprawdę będzie mój czas.

A tam…

Umywalka zachlapana pastą, szczoteczki wyglądają jak po rodzinnej bitwie o tubkę, a pasta rozsmarowana po zlewie niczym dzieło nowoczesnego malarza.

No i stało się. 

Nie mogłam tak tego zostawić. Przecież to tylko chwila!

Tylko przetrę, tylko spłuczę, tylko ogarnę…

I nagle mija pięć minut, dziesięć, godzina — i nie wiadomo kiedy jestem w trybie Perfekcyjna Pani Domu w Akcji .

Bo skoro już przetarłam umywalkę, to i lustro.

A skoro lustro, to i kafelki.

A skoro kafelki, to i ściany.

A skoro łazienka już błyszczy, to przecież ta druga nie może wyglądać gorzej.

Przecież bakterie, wirusy… no i już jestem w akcji: pach pach, tu przecieram, tam szoruję, tam dezynfekuję.

I tak ruszyła lawina.

Cztery prania – bo skoro już zbieram, to wrzucę wszystko: pościel, ręczniki, kurtki, koszule.

Podłogi przetarte, kwiaty podlane, dwie doniczki przesadzone, kuchnia wyszorowana jak na kontrolę sanepidu.

Obiad ugotowany, szafy przepakowane, szafki z kosmetykami i ręcznikami ogarnięte – wszystko jak w katalogu IKEA.

Na koniec – pościele. Zmienione, pachnące, poskładane jak w reklamie proszku do prania.

I wtedy zorientowałam się, że… jest 3 p.m.

Ja siedzę w fotelu, padnięta, z trzecią kawą.

Maseczki brak. Serum pod oczy leży nietknięte.

A ja – dumna, zmęczona i trochę wkurzona – patrzę na błyszczące mieszkanie i myślę:

Serio? Miałam tylko umyć zęby.

I tak się zastanawiam…

czy to się da wyleczyć? 

Czy da się wejść do łazienki i nie włączyć trybu  sprzątanie świata w 8 godzin ?

Bo ja naprawdę chciałam mieć chwilę dla siebie.

A skończyłam z odkurzaczem w jednej ręce i egzystencjalnym pytaniem w drugiej:

czemu ja po prostu nie potrafię usiąść z tą cholerną kawą i NIC nie robić? 

A może to już taki etap życia – że nawet relaks zaczynam od mopowania? 

Czuję, że mój wewnętrzny zen zginął bohatersko w walce z pastą do zębów. 

Kto się odnajduje – ręka w górę 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź