Poniedziałek , 26 października o 10:45 rano świat usłyszał pierwszy krzyk mojego syna — ja wtedy nie usłyszałam nic. Straciłam przytomność. Wpakowali mi penicylinę, na którą jestem uczulona (bo czemu nie?), a potem ciemność. Ale Bóg miał inny plan.
I ten plan właśnie skończył 16 lat.
Jak widać — oboje przeżyliśmy.
Wczoraj ten mały cud, któremu lekarze nie dawali szans, skończył 16 lat. Szesnaście! Teraz, żeby go przytulić, muszę wejść na palce, na taboret, a najlepiej jeszcze pomodlić się o cud wydłużenia nóg. (Może Duch Święty ma gdzieś w zapasach dodatkowe 10 cm?) Chłopak, który od zawsze chodził własnymi ścieżkami — czasem przez ścianę, czasem pod prąd, a czasem przez moje nerwy.
Centymetrów wzrostu też mu przybyło. Mierzy dwa metry. DWA. METRY. Jak się urodził, ważył tyle co bochen chleba, a dziś, gdy go przytulam, czuję się jak krasnoludek w objęciach sosny. Próbuję go uścisnąć — staję na palcach, wyciągam ręce, a i tak kończy się na tym, że przytulam jego żebra, nie ramiona. Ale co tam — matka zawsze znajdzie sposób, żeby się dopchać do serca.
Kawał chłopa. I to z głową! Mózg jak encyklopedia, język jak brzytwa, charakter jak skała — czyli wszystko po mamusi. Chce być prawnikiem (czyli już teraz się ze mną kłóci dla treningu). Z polityką romansuje, historię zna lepiej niż niejeden nauczyciel, a na narty wstaje o trzeciej nad ranem bez budzika. Ale do szkoły? Ooo, wtedy budzik, matka i pół archanielskiego chóru nie pomagają.
Mądry, wygadany, błyskotliwy — rozmowa z nim to jak połączenie turnieju szachowego z kabaretem: riposty szybkie, argumenty celne, ironia na poziomie mistrzowskim. Potrafi doprowadzić mnie do szału w trzy sekundy, ale też rozbroić jednym uśmiechem — tym z dołeczkami w policzkach, które odziedziczył po ojcu.
Kiedyś przyniósł ze szkoły złamanego kwiatka, bo — jak powiedział — „nikt go nie chciał”. Dbał o niego tak długo, aż zakwitł najpiękniej ze wszystkich. I wtedy pomyślałam: tak, ten chłopak ma serce po brzegi, tylko czasem ukrywa je pod sarkazmem i głodem na pizzę. Widzi to, czego inni nie dostrzegają, i gdy świat mówi „nie da się”, on odpowiada: „Patrz, mamo”. I pokazuje, że jednak się da.
O świcie, gdy inni przewracają się na drugi bok, on już smaruje narty. Trzecia rano? No problem. Bo jak coś kocha, to całym sobą. Ale szkoła na dziewiątą? Wtedy już negocjacje na poziomie ONZ. Narty — „mamo, już wychodzę!”. Szkoła — „mamo, jeszcze pięć minut…”. Priorities. I wiesz co? Może i dobrze — bo przynajmniej wiem, że ma pasję, nie tylko oceny.
Sąsiedzi mówią: „Pani dzieci to takie grzeczne, kulturalne!”. No jasne — europejskie, nie „hamerykanskie”! Nie przejdzie obojętnie obok czyjegoś smutku. Pomaga, rozmawia, żartuje, wyciąga rękę. A ja w duchu dziękuję Bogu, że mimo wszystkich diagnoz, prognoz i „nie rokuje”, ten chłopak biega, śmieje się, uczy, kocha życie i wciąż przypomina mi, że cuda nie zawsze mają skrzydła.
Czasem mają blond włosy, dołeczki w policzkach i buty w rozmiarze 45. Czasem są głośne, czasem trudne do rozpakowania, ale Boże ! Czasem patrzę na niego i myślę: kiedy to się stało? Kiedy ten maleńki człowiek zamienił się w dwumetrowego giganta, który poprawia mi błędy w dyskusji?
Czasem myślę, że gdyby nie tamten cud, nie byłoby dziś śmiechu w naszym domu, zapachu naleśników o północy i kłótni o politykę przy śniadaniu. A tak — jest wszystko. I to „wszystko” to właśnie On mój syn .
Więc tak, Panie Boże — dzięki za tego mojego Maksymiliana. Prowadź go, bo ja już ledwo nadążam. A jeśli czasem się potknie, to podnieś, otrzep i — jak to Ty masz w zwyczaju — poślij mu Ducha Świętego z mapą, latarką i może jeszcze GPS-em, bo on ma tendencję do skracania dróg przez las. A Ty, Duchu Święty, niech Ci starczy cierpliwości, bo Maks pewnie i z Tobą będzie dyskutował o interpretacji przepisów ruchu drogowego na ścieżce do nieba.
Bo on pójdzie dalej. Nawet przez ciemną dolinę, bez lęku, bo Ty, Panie, będziesz z nim kroczył pod rękę. I znając go — jeszcze poprawi Ci koronę i zapyta, czemu archaniołowie nie mają konstytucji.
Dziękuję Ci, Boże, że go mam. Za każdy dzień, za każdy śmiech, za każdą kłótnię. Za to, że jest — cały, silny, uparty, wspaniały.
Za to, że mimo wszystko — cud się zdarzył.
I ma 16 lat.
I na imię Maksymilian.
Niech spełnia swoje marzenia i cele — te duże i te malutkie, które jeszcze nie zdążyły się urodzić.
A Ty, Duchu Święty, trzymaj go mocno pod rękę i prowadź — tylko, proszę, nie po skałach! Bo wiem, że gdy Ty jesteś obok, zawsze pojawią się zielone pastwiska, a zła się nie ulęknie ani ten mój chłopak, ani ja. Bo wtedy wiem, że idzie w dobrym kierunku.
Amen. I wszystkiego najlepszego, Synu.
A Tobie, Duchu Święty — powodzenia. Będziesz miał z nim roboty po kokardę.
Twoja matka — dumna, zmęczona, ale szczęśliwa i wciąż w lekkim szoku, że ten bochenek chleba urósł aż tak!

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.