Za oknem jesień w pełnej krasie. Szaro, mokro, a krople stukają o szyby, jakby chciały przypomnieć, że czasem warto się zatrzymać.

Od soboty deszcz siąpił leniwie, a potem już śmiało rozgościł się na dobre.

Wiatr i deszcz budzą kreatywność – może właśnie dlatego Wiktoria wpadła na pomysł, żeby zamiast wychodzić z domu, ułożyć puzzle i spędzić dzień w cieple naszego małego świata.

Idealna aura, żeby nie planować nic – żadnych wyjść, żadnych „muszę”. Tylko my, dom i zapach świeżo zaparzonej kawy.

Mieszkanie wołało o porządki, kwiaty prosiły o kąpiel, a kurz tańczył po parapetach w świetle szarego dnia.

No to co? Rękawy w górę! Swiffer w dłoń, mop w pogotowiu, muzyka w tle i zaczynam domowy fitness – wersja: sprzątanie z pasją.

Skłony, przysiady, wymachy ze szmatką – żadna siłownia nie da takiego efektu jak sobotnie sprzątanie z własnym tempem i humorem.

Nie mam dywanów (i dobrze, bo kurz i ja to duet, który się nie lubi), więc zmywam podłogi aż lśnią.

A w tle – cicha rozmowa mojej Wiktorii z Tymonem. I wtedy słyszę:

– Tymon, a chcesz już być dorosły?

– Nie! Mama krzyczy na was głośno!

I w tym momencie… szmata wypada mi z ręki.

Ja?! Krzyczę?! 😳 No może czasem, jak emocje osiągają poziom ekspresyjnej opery, ale cóż mogę poradzić – taka moja natura!

Dzieci mają ten cudowny radar szczerości. Widzą i czują więcej, niż nam się wydaje.

Podczas gdy ja wojowałam z kurzem, oni stworzyli swój mały świat przy stole – muzyka klasyczna, kubek kakao, pudełko puzzli i rozmowy o wszystkim i o niczym.

Układali, dopasowywali, śmiali się, czasem milczeli. Te ich małe rozmowy o życiu, dorosłości, planach – złoto.

Z dumą patrzyłam, jak razem układają 300-elementowe dzieło, a potem, z błyskiem w oczach, decydują, że 500 to dopiero wyzwanie!

Ale wieczór ich zastał, nie zdążyli wszystkiego skończyć, więc zostawili puzzle na niedzielny ranek… i poszli spać.

Niedzielny poranek. Jeszcze półprzytomna słyszę ciche kroki.

Otwieram oczy, a tam Tymon – mój mały człowiek z ogromnym sercem:

-Mamo, wstawaj. Trzeba puzzle dokończyć.

Wiktoria niech śpi, a ty i tak pijesz kawę rano . 

No i jak tu odmówić? 😍

Przykrywam męża kołdrą (niech śpi, dzielny człowiek, codziennie wstaje o 4), zaparzam kawę i czuję, że to właśnie są te chwile, dla których warto żyć powoli.

Zamiast pośpiechu – robię gofry na śniadanie. Ciepłe, chrupiące, z dżemem truskawkowym, bo niedziela to przecież dzień wdzięczności i małych przyjemności.

Dzieci nie potrzebują wielkich planów, atrakcji ani wyjazdów – potrzebują nas, naszej obecności i spojrzenia znad filiżanki kawy.

Mieszkanie nie musi być jak z katalogu, żeby było domem – wystarczy śmiech, rozmowa i ciepło.

A ja, choć czasem krzyczę (czytaj: wyrażam emocje z pasją 😅), wiem jedno – moje dzieci czują, że są kochane (mam nadzieję 🙏).

I kiedy Tymon mówi, że woli zostać dzieckiem, czuję dumę. Bo to znaczy, że jego dzieciństwo jest szczęśliwe.

Więc piję kawę, patrzę na nich, na te dwa cudowne serca układające świat z małych kawałków, i myślę:

☕ Chwilo, trwaj. Bo szczęście naprawdę mieszka w codzienności.

A teraz idę się ubrać, bo nie lubię chodzić w piżamie cały dzień 😂


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź