Żyjemy w epoce, w której szczęście można kupić na raty, a poczucie sensu ma swój cennik w dolarach. Już nie szukamy mądrości – szukamy zniżek na mądrość. Internet stał się współczesnym targiem cudów, gdzie każdy sprzedaje receptę na życie, zanim jeszcze sam je poukłada.

Otwieram komputer. Jeszcze nawet nie zdążyłam zrobić kawy, a już Facebook, Instagram, YouTube i inne cuda internetu krzyczą do mnie jednym chórem:

„Zmień swoje życie w 7 dni!”, „Schudnij bez wyrzeczeń!”, „Zarabiaj, śpiąc!”, „Sekret sukcesu miliarderów!”.

Ameryka – kraj wolności, marzeń i… coachów wszelkiej maści. Tu każdy coś sprzedaje. Najczęściej samego siebie, w ładnym opakowaniu, z uśmiechem i linkiem do płatności PayPal.

Wszystko zaczyna się niewinnie. Ktoś nagrał filmik, że z bezrobotnego stał się milionerem, bo „zmienił mindset” i „uwierzył w siebie”.

Tylko najpierw, wiadomo – musisz kupić jego kurs.

Promocja oczywiście trwa tylko dziś, bo jutro planeta wybuchnie, a Twoje szanse na sukces przepadną jak bon na darmową kawę w Dunkin’ Donuts.

Klikasz „no thanks”? To wyskakuje kolejne okienko:

„WAIT! Co jeśli obniżymy cenę o 50%?!”

A ja mam ochotę odpisać:

„A co jeśli po prostu nie chcę płacić ani centa za Twoje złote myśli z cytatem z Google?”.

Serio, coachów w USA jest chyba więcej niż Starbucksów.

Gdzie nie spojrzysz – coach od sukcesu, coach od miłości, coach od pieniędzy, coach od energii, coach od balansu życiowego, coach od kotów, coach od oddychania.

A każdy z nich ma swoje exclusive program, VIP community i early bird offer.

Wszystko oczywiście za skromne dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć miesięcznie – taniej niż Netflix, a obiecują, że po miesiącu Twoje życie zmieni się nie do poznania.

Może dlatego w Ameryce nie wystarczy już być po prostu „w porządku”. Tu trzeba być najlepszą wersją siebie. I to codziennie. Bo jeśli nie jesteś „amazing”, to znaczy, że się nie starasz.

Pomyślałam: dobra, dość marudzenia, trzeba coś zmienić.

Człowiek się starzeje, brzuch rośnie, jeansy się obraziły.

Napisałam więc do „specjalistki od zdrowia, diety i przemiany ciała oraz umysłu”.

Ładna strona, uśmiechnięte zdjęcie, wszystko jak z reklamy Whole Foods.

Pytam:

„Hej, zanim kupię, chciałabym wiedzieć, jak wygląda plan, czy da się dopasować do mnie i mojego trybu życia.”

Odpowiedź przyszła szybko:

„Oczywiście! Wszystkie informacje znajdziesz po wykupieniu pakietu BASIC – tylko 59 dolarów na tydzień!”

Aha.

Czyli rozmowa kosztuje.

Jak chcesz zapytać, musisz mieć kartę kredytową w gotowości.

Kiedyś było normalnie – dzwonisz, pytasz, próbujesz, decydujesz.

Teraz? Najpierw płać, potem pytaj.

Zasada jest prosta:

Chcesz spróbować? Kup pakiet.

Chcesz wiedzieć, czy to dla Ciebie? Kup kurs, wtedy się dowiesz.

A jak masz wątpliwości?

„Wszystko znajdziesz w informatorze.”

Tylko że ja nie chcę czytać PDF-a z kolorowymi wykresami.

Ja chcę pogadać.

Normalnie. Po ludzku.

Bo co, jeśli w tym cudownym informatorze nie ma odpowiedzi na moje pytanie?

Co wtedy?

Piszesz do supportu i czekasz tydzień, aż ktoś odpisze automatycznie:

„Thank you for your patience, we’ll get back to you soon.”

I to mnie najbardziej rozbraja.

System płatności – działa perfekcyjnie.

Klik, klik – i dolary z konta znikają szybciej niż Twoja motywacja do ćwiczeń.

Ale jak chcesz anulować subskrypcję, to zaczyna się odysseja e-mailowa:

„Czy na pewno chcesz zrezygnować?”

„A może obniżymy cenę o połowę?”

„A może dasz nam jeszcze jedną szansę?”

Nie, nie chcę!

Chcę odzyskać swoje 59 dolarów i spokój ducha.

A jakby tego było mało – telefony.

„Hi, I’m your wellness consultant from Aloe Power USA!”

Albo e-mail:

„Nowy kolagen w proszku z cząsteczkami szczęścia – tylko 79 dolarów!”

No ludzie… czy w tej Ameryce jest jakaś tajna lista, na której jestem zapisana jako ta, co na pewno chce schudnąć?

Bo chyba ktoś gdzieś sprzedaje moje dane razem z moimi zdjęciami z Costco.

Już widzę siebie, jak siedzę na tarasie, piję aloes prosto z doniczki i mówię do siebie:

„Czuję, jak topnieją moje toksyny, stres i resztki cierpliwości.”

Nie zrozum mnie źle – Ameryka to kraj, w którym można naprawdę dużo osiągnąć.

Ale to też kraj, w którym każdy może zostać mentorem, przewodnikiem duchowym albo ekspertem od energii sukcesu.

I co najważniejsze – każdy z nich ma kurs.

Nie wiedzę, nie rozmowę, nie empatię – kurs.

Pięknie nagrany, z muzyczką i cytatami z Brené Brown, opakowany w uśmiech za 99 dolarów.

Nie chcę Twojego kursu o wdzięczności.

Nie chcę Twojego PDF-a o mocy afirmacji.

Nie potrzebuję manifestować marzeń przy świeczce z Targetu.

Chcę porozmawiać z człowiekiem.

Bez logowania, bez konta premium, bez kodu rabatowego.

Po prostu zapytać:

czy to działa?

czy naprawdę mi pomoże?

czy nie sprzedajesz mi bajki w pastelowych kolorach?

Nie mam nic przeciwko coachom.

Niech sobie działają, motywują, inspirują.

Ale błagam – zanim zapytasz o numer mojej karty kredytowej, zapytaj, jak się mam.

Bo nie każde szczęście da się kupić.

Nie każdą zmianę można przeliczyć na dolary.

I nie każda rozmowa musi kosztować 59 dolarów tygodniowo.

A jeśli jeszcze raz ktoś do mnie zadzwoni z ofertą „detoksu życia” w płynie,

to przysięgam, że zostanę coachem od spokoju.

Tylko u mnie – abonament za darmo, a w bonusie kubek kawy.

Bo może największym luksusem w świecie abonamentów, kursów i subskrypcji

jest po prostu rozmowa.

Taka, za którą nie trzeba płacić kartą kredytową.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź