Będąc w Polsce, usłyszałam zdanie, które wstrząsnęło mną tak mocno, że nie mogę przestać o nim myśleć: „Dzieci się na świat nie proszą, więc nie oczekuj od nich pomocy”. Brzmi to górnolotnie, niemal filozoficznie, ale im dłużej je rozkładam na czynniki pierwsze, tym bardziej czuję złość i niedowierzanie. Normalnie mam wrażenie, że jestem wyrodną matką, bo od swoich dzieci wymagam — tak samo jak od siebie — i tak samo oczekuję.
Jak to: nie oczekuj pomocy? Przecież mieszkamy w jednym domu, korzystamy z tych samych łazienek, jemy z jednej lodówki, chodzimy po tych samych podłogach. Ja sprzątam, piorę, gotuję, pracuję zawodowo i razem z ojcem dzieci ogarniamy rachunki. I naprawdę mam nie oczekiwać, że ktoś wyniesie śmieci, posprząta swój pokój, zrobi zakupy czy zajmie się młodszym rodzeństwem?
Czy naprawdę mamy budować rodzinę na zasadzie, że jedni robią wszystko, a inni tylko leżą i pachną?
Rodzina to nie hotel, to wspólnota. A wspólnota oznacza współodpowiedzialność. Jeśli wszyscy korzystamy z jedzenia, przestrzeni i sprzętów, to każdy powinien coś od siebie dać. W przeciwnym razie dom zamienia się w darmowy hotel, a rodzic — w wykończonego pracownika całodobowego serwisu. Serio, mam tego serdecznie dość.
Niektórzy twierdzą, że obowiązki domowe zabierają dziecku dzieciństwo. Bzdura.
Obowiązki uczą:
– szacunku do innych — bo ktoś się napracował i trzeba to docenić,
– samodzielności — bo umiejętność zrobienia prania czy zakupów daje wolność w dorosłości,
– odpowiedzialności — bo dom to wspólne dobro, a nie prywatny hotel.
Pozwalanie dziecku spędzać całe dnie tylko na spaniu, graniu i oglądaniu seriali to nie jest darowanie mu dzieciństwa. To odbieranie mu szansy na rozwój i przygotowanie do życia.
Tak, dzieci nie prosiły się na świat. Ale skoro już są — naszym obowiązkiem jako rodziców jest wychować je na ludzi odpowiedzialnych i samodzielnych. A to oznacza, że muszą nauczyć się obowiązków.
Nie po to, żeby były służącymi, ale po to, by rozumiały, że życie to nie tylko branie, lecz także dawanie. Że dom to wspólnota — a wspólnota funkcjonuje tylko wtedy, gdy każdy dokłada coś od siebie.
I właśnie dlatego mam prawo oczekiwać pomocy. Bo rodzina to nie coachingowy projekt, tylko prawdziwe życie. I rzygam już tymi wszystkimi „mentorami” od coachingu i ich pustymi frazesami. Takie jest oto moje zdanie w tym temacie. Czy się mylę? Może. Ale mój dom, moje zasady i moje wymagania.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.