Wróciliśmy z Polski… i wiecie co? Ten czas wciąż we mnie żyje.  Jak film, który odtwarzam w głowie. Tyle się działo! Rozmowy, spotkania, emocje. Dużo słuchałam, obserwowałam, analizowałam… może aż za bardzo?

Bo gdy wróciliśmy – dopadł mnie smutek. Ciężki, lepki, taki co przygniata. Czułam się, jakby nade mną zawisły czarne chmury. Analizowałam, rozkładałam wszystko na czynniki… i im bardziej to robiłam, tym gorzej się czułam.

A wokół mnie? Znajomi, rodzina – z najlepszymi intencjami, ale z naciskiem:

 „Wracaj! Tu masz pracę, pieniądze, luksus! Tu się żyje!”

Większość w dostatku, na stanowiskach. Ale wiecie co? To nie jest moja droga. Nigdy nie marzyłam o wyścigu za luksusem.

Bo dla mnie najważniejsze jest coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze:

 kto wypije ze mną kawę, gdy mam gorszy dzień

kto przytuli, gdy w oczach staną łzy

kto zapyta: „Jak się czujesz? Co w duszy gra?”

I przypomniałam sobie, że to wszystko mam tutaj – w Stanach – w mojej wspólnocie Lew Judy. Tu jestem sobą. Tu jestem ważna. Nie za status, nie za pracę, nie za to, co mam. Jestem ważna, bo jestem Dzieckiem Boga.

Ale wciąż… w mojej głowie szalały myśli. Aż nadszedł dzień pikniku. I wiecie co? Duch Święty działał od pierwszych chwil! 🔥 Jedno słowo, jeden uśmiech… i czarne chmury zaczęły się rozwiewać. W połowie pikniku czułam radość, a gdy wyjeżdżałam, wiedziałam jedno:

WRÓCIŁAM DO DOMU. 🕊️

Do ludzi, którzy kochają mnie tak po prostu – bez warunków.

A w moim sercu… zrodziło się nowe marzenie. Teraz mam pokój. Mam radość. Mam miłość. ❤️ Już bez presji, bez musu. Jestem szczęśliwa – naprawdę szczęśliwa – tu, gdzie jestem.

Bo szczęście nie jest w luksusie, w bogactwie, w „mieć więcej”.

👉 Szczęście jest w byciu kochanym. W byciu częścią wspólnoty. W byciu SOBĄ.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź